Zastanówmy się zatem, jakie są rzetelne przesłanki przemawiające za szkodliwością promieniowania jonizującego i za liniową zależnością efektu (śmiertelnego) od dawki. Te płyną przede wszystkim z danych dotyczących badania ofiar bombardowań Hiroszimy i Nagasaki [11, 12]. Dane te wskazują, iż rzeczywiście w zakresie dużych dawek obserwuje się liniowy wzrost liczby raków śmiertelnych. Względnie niedawno byliśmy świadkami awarii elektrowni w Czarnobylu, w wyniku której to awarii zmarło na ostrą chorobę popromienną 28 osób [13, 14], a uważa się, że z pozostałych 106 osób, u których stwierdzono początkowo objawy tej choroby, zmarło do dziś wskutek napromienienia jeszcze 19 osób. Jeśli jednak już chcemy przywołać dane z Czarnobyla, to skorzystajmy z pełnych danych, a te wskazują, że mimo sytuacji awaryjnej, maksymalnie niebezpiecznej, nie obserwuje się ani podwyższonego zachorowania na białaczki, ani na inne nowotwory poza kilkoma (dziewięcioma wg ocen [14]) przypadkami zgonów ze względu na raka tarczycy wywołanego wchłonięciem promieniotwórczego jodu-131.
W zasadzie, poza danymi z Hiroszimy i Nagasaki nie mamy w literaturze systematycznych danych pokazujących interesującą nas zależność. Problemem, wokół którego toczy się dyskusja, jest kwestia możliwości ekstrapolacji tych danych do obszaru małych dawek i małych mocy dawek (pamiętajmy, iż ofiary bombardowań przyjęły dawkę w bardzo krótkim czasie, miliony razy krótszym niż miało to miejsce w Czarnobylu). Przyjrzenie się danym w obszarze dawek poniżej np. 200 mSv pokazuje, że dane te są niewystarczające do rzetelnego wyrobienia sobie stanowiska w sprawie szkodliwości takich dawek. Mało tego, dane dotyczące śmiertelności na białaczki w Nagasaki pokazują [15], że w tym obszarze dawek nie obserwuje się podwyższonej śmiertelności, a można z pewną dozą wiarygodności twierdzić, że śmiertelność ta jest obniżona. W zasadzie nie istnieją dane dla ludzi, które by pokazały istnienie jakiegokolwiek efektu negatywnego promieniowania jonizującego w tym obszarze dawek. Do tego zbioru danych można dodać informację, że np. ogólna śmiertelność wśród brytyjskich radiologów, po wprowadzeniu podstawowych zasad ochrony radiologicznej, a więc po roku 1920, była o 24% niższa w stosunku do śmiertelności wszystkich mężczyzn w Anglii i Walii, a śmiertelność z powodu różnych rodzajów nowotworów nawet o 37%[16].
W opisanej sytuacji zrekapitulujmy, co wiemy o dawkach wokół elektrowni jądrowych. W artykule Andrzeja Strupczewskiego [17] zestawione są różne dawki związane z istnieniem na świecie elektrowni jądrowych. O średnim wkładzie w dawkę przypadającą na człowieka nie ma co mówić, bo raz, że jest on na poziomie 0,001 mSv/rok, a dwa, że interesuje nas rzeczywiście tylko obszar bliski elektrowni jądrowej. Obszarem najbliższym jest oczywiście sam teren elektrowni, a osobami najbardziej potencjalnie narażonymi są jej pracownicy. Narażenie to, będące narażeniem zawodowym z założenia, jest zależne od stanowiska pracy i zapewne jest największe podczas wszelkich prac remontowych. Minimalizuje się je przez przyjęcie odpowiednich procedur związanych z dopuszczalnym czasem pracy w polu danego promieniowania, ale także ulepsza się konstrukcję elektrowni w taki sposób, aby osadzanie się materiałów promieniotwórczych na elementach konstrukcyjnych było jak najmniejsze. Podobnie, zwraca się uwagę na szczelność obiegu pierwotnego i paliwa, aby produkty rozszczepienia nie przedostawały się do wody.
W roku 2002 średnie dawki indywidualne pracowników elektrowni jądrowych w USA były na poziomie 1,7 mSv/rok, a w krajach Unii Europejskiej nawet trzykrotnie niższe (dane oryginalne cytowane są w pracy [17]), czyli znacząco niższe od poziomu tła. Wraz z rozwojem nowych generacji reaktorów dawki te systematycznie maleją i to nawet kilkakrotnie w stosunku do sytuacji np. z 2000 r. Podane wyżej dawki można porównać z maksymalnym narażeniem dopuszczanym przez Międzynarodową Komisję Ochrony Radiologicznej (ICRP) – dawkami granicznymi wynoszącymi dla osób narażonych zawodowo 20 mSv/rok. W opracowaniu Radiation, People and the Environment, wydanym przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej w 2004 r., podana średnia dawka roczna pracowników zatrudnionych przy reaktorach jądrowych wynosi 1,4 mSv, a więc jest znacznie niższa niż dawka graniczna.
A jak to wygląda poza terenem elektrowni? Zagrożenie związane jest z uwalnianiem się produktów rozszczepienia. Spośród nich na pierwszym miejscu wymieniamy jod-131, który wchłaniany jest przez tarczycę, jednak zarówno ilość uwolnień, jak okres połowicznego zaniku tego izotopu jodu, ok. 8 dni, powoduje, że podczas normalnej pracy elektrowni sumaryczne zagrożenie jest znikome. Z drugiej strony wiemy, że u pacjentów w Szwecji, u których stan tarczycy diagnozowano przy pomocy tego izotopu jodu, i którzy otrzymywali nadzwyczaj wysokie dawki, śmiertelność na raka spadła o 38% [18], nie ma więc powodów, aby wyrażać obawy związane z minimalnymi uwolnieniami tego właśnie izotopu jodu, a tym bardziej innych izotopów jodu, których okres połowicznego zaniku jest krótszy. Wydzielenia promieniotwórczych gazów szlachetnych nie są dla człowieka groźne, gdyż nie pozostają w organizmie i ich potencjalną szkodliwość można ocenić [19] na około 10% szkodliwości jodu. O ile średnie uwolnienia z elektrowni typu PWR w Unii Europejskiej wynosiły w 2003 roku 4,9 GBq/GWh, uwolnienia jodu i aerozoli promieniotwórczych były sto tysięcy razy mniejsze [20] niż innych radionuklidów – patrz tabela 1.
Tabela 1 pokazuje też, jak bardzo wielkość uwolnień zależy od rodzaju reaktora. W aspekcie globalnym warto zwrócić uwagę na dane pochodzące z Francji, która ma w Europie najbardziej rozbudowaną energetykę jądrową. Emisje z tej energetyki są na poziomie 0,5% wielkości dopuszczalnych! A nowe, założone limity uwolnień i dawki graniczne są znacznie niższe i też nie są przekraczane, co pokazują tabele 2 i 3 (obie zostały zaczerpnięte z pracy [20]). Uwolnienia te w żadnym razie nie mogą szkodzić ludziom.
Tabela 1. Uwolnienia promieniotwórcze [GBq/GWh] z elektrowni jądrowych typu BWR i PWR w krajach Unii Europejskiej i USA [20]:
Uwolnienia z elektrowni jądrowych wnoszą do dawek od promieniowania naturalnego nieistotnie mały wkład, poniżej 1%, a ustalane przez różne państwa dawki graniczne wokół elektrowni są na poziomie 0,01 – 0,1 mSv/rok. W Finlandii, w Olkiluoto, maksymalną dawkę dla najbardziej narażonej osoby w pobliżu elektrowni jądrowej ocenia się na 0,014 mSv/rok, co możemy porównać z wartością tła promieniowania naturalnego w Finlandii, wynoszącą ponad 7 mSv/rok! Podobna sytuacja ma miejsce w USA, gdzie średnie uwolnienia z pracujących tam elektrowni jądrowych są dużo niższe od wartości dopuszczalnych i w niczym nie zagrażają one ludności. Przeprowadzone w 1990 roku na około 500 000 osób badania amerykańskiego Instytutu Chorób Nowotworowych wykazały, że w sąsiedztwie instalacji jądrowych w USA nie notuje się wzrostu zachorowań na raka [21]. Podobne wyniki uzyskano w Wielkiej Brytanii, co stoi w jawnej sprzeczności z ostatnimi doniesieniami z Niemiec [1].
Tabela 2. Emisje dozwolone i rzeczywiste w elektrowniach jądrowych we Francji, pracujących na podstawie zezwoleń pierwotnych (stare limity) i obecnych, odnowionych na bazie nowych przepisów (nowe limity) [17]:
Biorąc pod uwagę realne dawki na granicy terenu elektrowni jądrowych nie ulega wątpliwości, że uwolnienia z reaktorów nie mogą stanowić istotnego (zaryzykowałbym twierdzenie – żadnego) zagrożenia dla ludności, gdyż są znacznie, ale to znacznie mniejsze od poziomu promieniowania tła naturalnego. Ale może samo tło nam szkodzi i bez niego żylibyśmy dłużej, a chorowali mniej? Na to pytanie nie można udzielić odpowiedzi innej niż podpowiadanej przez badania epidemiologiczne, a na pewno nie można wyobrazić sobie masowych eksperymentów przeprowadzanych na ludziach.
Tabela 3. Efektywne dawki graniczne przyjęte do określenia dopuszczalnych uwolnień z elektrowni jądrowych [17]:
|
|
| REKLAMA |